Sporty zimowe – konkurs!

Kiedy jesień odchodzi i nadciąga czas zimowy, nie ukrywam, nie przepadam. Za to Kuba jest zachwycony, dlaczego? Już 17 listopada zaczęły się w Wiśle na wszystkim znanej skoczni: zawody Pucharu Świata! Od tego momentu do marca 2019 roku, mój syn nie opuści ani jednej relacji ze skoków. Założył nawet specjalny zeszyt, i trzyma rękę na pulsie! Nie ukrywam, że jego zainteresowanie i radość udziela się też nam.

Pewnie Kuba jest jednym z wielu fanów skoków narciarskich, i pewnie dla takich właśnie fanów napisana została książka: “Skoczkowie. Tajemnice mistrzów” pana Jarosława Kaczmarka. Dużo tu historii, i wielkich skoczków przecierających szlak, od wielu już  lat. Bo jak nazwisko Fortuna coś nam mówi, tak ja na przykład, niewiele wiedziałam o Stanisławie Marusarzu. Dowiedzieć można się też, jak na przestrzeni lat, ta dyscyplina  sportu bardzo się rozwinęła. Dzięki lekturze, można też zrozumieć, jak sędziowie dokonują punktacji, dzięki temu oglądanie skoków będzie jeszcze przyjemniejsze. Przed nami całe 3 miesiące zmagań skoczków, każdy ma swojego faworyta, no dobra, ja nie mam…, ale syn mój już na pewno ma!

Kuba książkę przeczytał, bardzo mu się podobała, mam jeszcze jeden egzemplarz, który się poleca.

Ogłaszamy konkurs: Wystarczy puścić wodze fantazji i napisać, kto w przyszłym roku według Was, dostanie Puchar za wygranie Turnieju Czterech Skoczni?

Na odpowiedzi czekam do 20.12.2018 czas start!

https://egmont.pl/Skoczkowie.-Tajemnice-mistrzow,12326913,p.html

 

 

 

 

Po co używamy wulgaryzmów?

Są wszechobecne, częste w książkach, kinie, teatrze, i na przystanku autobusowym. Nieodzowne w komunikacji międzyludzkiej, a jednak są sytuacje, kiedy każdy powie: “nie przeklinaj!” bo dzieci słuchają, bo nauczyciel usłyszy rozmowę nastolatków, bo rozmawiamy z przedstawicielem władz…, bo chcemy coś załatwić pozytywnie.Bez problemu, świadomie kontrolujemy jakie słowa wypuszczamy w świat, bo chcemy, żeby ktoś właśnie to usłyszał.

Dlaczego więc używamy i nadużywamy wulgaryzmów? choć powszechnie uważa się, że są to słowa obraźliwe, obsceniczne, nieprzyzwoite. Wszyscy to wiemy, nawet dzieci doskonale wiedzą, kiedy sowo jest brzydkie i nie powinno się go używać. To dlaczego po kryjomu, wszyscy – z premedytacją, piszę “wszyscy”, używają wulgaryzmów. Dzieci w sekrecie przed dorosłymi, dorośli w sekrecie przed dziećmi, wszyscy gramy w jakieś farsie, udajemy, że nie, ale i tak przeklinamy.

Znam ten argument, że wulgaryzmy służą podkreśleniu tego o czym właśnie opowiadamy, otóż od dawna już nie! na pewno też to widzicie! Mój mąż powiada, że dopóki nikogo nie obraża i nie używa ich personalnie, to nikomu krzywda się nie dzieje. A ja kiedy słucham, to uważam, że mi się właśnie  krzywda dzieje…, nie chcę ich słuchać! I bardzo mnie ciekawi, czy jestem odosobniona? Czy już tak przywykliśmy do tego języka, pełnego przekleństw i słów niecenzuralnych, że jest nam wszystko jedno?

Czepiam się? możliwe, ale kiedy czytam kolejną powieść naprawdę dobrego autora polskiego i jak mogę się pozachwycać jego talentem, tak mogę się umęczyć, bo nie ma chyba strony, kartki jednej bez wulgaryzmów. Idę do kina, na film polski, nie muszę podawać tytułu, bo w każdym usłyszę wulgaryzmów bez liku…, to może teatr? nie ma szans, na spektakl bez ich użycia. A i jeszcze proza życia, czyli idę do pracy, czy tylko mi to przeszkadza? już w drodze, w autobusie, w sklepie, na przystanku, przez cały czas, osobiście mam dość! A wy?

Być kobietą

Na moim blogu zwykle odkrywamy kobiety z jednej strony, kobiety-matki, kobiety-żony, jest też trochę o pracy, można więc rzec, że kobiety w pracy, ale i tak wszystko, a właściwie prawie wszystko kręci się wokół domowego ogniska i zadań wychowawczych. Tymczasem media donoszą: “kobiety rządzą!”, ale gdzie?

W domu? na pewno, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że częściej rządzą w domu niż mężczyźni, choć zupełnie nie wiem, po co? Koniecznie musimy być silne, decyzyjne i nieść na swoich barkach odpowiedzialność za wiele. Tymczasem spokojnie można oddać, przynajmniej część przestrzeni domowej ukochanemu i fajnemu (w końcu same go sobie wybrałyśmy) mężowi, czy partnerowi. I skupić się na tym, jak zaspokoić głód wiedzy…

Oczywiście liczy się głód wiedzy, kobiety-matki: jak nauczyć się być wystarczająco dobrą mamą dla swoich dzieci 😉

Głód wiedzy, o którym dziś, to szukanie odpowiedzi na pytania:

  1. jak to działa?
  2. czemu tak się stało?
  3. skąd to się wzięło?
  4. co to jest?

O kobietach poszukujących jest to książka, wydanie jest po prostu piękne, choć na pewno nie dla najmłodszych. “Kobiety i nauka, one zmieniły Świat” to 50 kobiet wybitnych, które nie raz musiały rezygnować z wielu rzeczy, ryzykować czy to zdrowie, czy życie. Dlaczego to robiły ? bo były “głodne”, bo chciały wiedzieć, i płeć nie miała tu nic do rzeczy.

Co mnie przeraża? wstyd się przyznać, ale nie znam nawet połowy z nich…, ciekawa jestem, czy tylko ja? na przykład, kim była Rachel Carson? albo Rosalyn Yalow, czy Florence Bascom? ja pojęcia nie miałam, niestety. Tym bardziej zachwycona jestem, że ta książka trafiła w moje ręce i możemy z Kaliną i Idą poznawać wyjątkowe kobiety na przestrzeni setek lat.

A teraz kto nas szczególnie zainteresował, pierwsza i kobieta i Afroamerykanka, która ukończyła Uniwersytet Hawajski i w wieku 23 lat wynalazła lek dla ludzi chorych na trąd, jej kuracja była jedynym sposobem leczenia tej choroby, do czasu wynalezienia antybiotyków w latach 40 ubiegłego wieku. Alice Ball niestety przedwcześnie umarła podczas prowadzenia zajęć w laboratorium.

Inna niezwykle interesująca osoba to Marjory Stoneman Douglas pisarka i działaczka na rzecz ochrony środowiska, jej praca przyczyniła się do założenia Parku Narodowego Everglades, Walczyła również o prawa obywatelskie dla każdego obywatela. Działała przez całe życie, a trzeba zaznaczyć, że było ono długie 108 lat!

Zachęcam do poznania 50 historii kobiet wyjątkowych, niezależnych, kreatywnych i poszukujących.  Książka idealna na prezent, w każdym wieku!

https://egmont.pl/ART.-Kobiety-i-nauka.-One-zmienily-swiat,10625027,p.html

Jak ja lubię Basię

Lubię Basię, nie tak bardzo jak moja córka Kalinka, ale ja bardzo lubię, każdą nową książkę o Basi. Dlatego jestem wdzięczna za kolejne dwa tytuły, bo mam już serdecznie “dość” czytania na okrągło tych samych historii. Na pewno to znacie, jak Wam się młodzież uprze i co wieczór prosi, ba, każe czytać kolejny raz historię Basi a to na basenie, a to w bibliotece, a jak już koniecznie inną, to też doskonale nam znaną, do znudzenia.

Z tego powodu właśnie z radością witam każdą kolejną, nową książkę o przygodach Basi. Tym razem mamy urodzaj, dwa tytuły:

  1. “Basia i lato pod psem” pierwszą powieść o rodzinie Basi
  2.  “Bajki na dobranoc. Basia” bajki, których autorami jest rodzina Basi

Rodzina Basi jedzie na wakacje pod namiot, jest to bliski  nam temat, bo od kilku już lat jeździmy z dziećmi pod namioty, może nie nad morze, bo tony piasku w śpiworze mnie przerażają…, ale rzeczywiście udaje nam się spędzić czas blisko natury, bez dalekich podróży i hoteli, gdzie standard zwykle jest wysoki. Pod namiotem ważne żeby pogoda dopisała, bo kiedy pada deszcz, może być nam trudno. W książce “Basia i lato pod psem”, faktycznie często pada deszcz, ale nie jest to główny temat historii. Pojawia się nowe marzenie Basi, chce mieć psa!

Bardzo dobrze czyta się tę historię z perspektywy dziecka, tym ciekawiej, że temat jest trudny i na czasie. Jak zawsze autorka książki staje na wysokości zadania, pokazuje świat w różnych barwach, z różnymi, nie zawsze pozytywnymi bohaterami, uczy czym jest odpowiedzialność i jak zachować się w sytuacjach trudnych. Nie chcę zdradzać szczegółów, ale na pewno lektura będzie okazją do wielu rozmów o wartościach w życiu i braniu odpowiedzialności za innych, w tym wypadku za psa. Pojawia się tu nawet policja!

Paszczak, czy to nie jest najlepsze imię dla psa? Tylko dlaczego Basia nie może się z nim widywać codziennie, przez całe wakacje?

Koniecznie trzeba się z nową Basią poznać, do kolejnych wakacji jeszcze wiele miesięcy i trudny, zimowy czas przed nami, tym bardziej polecam powrót nad morze i pole namiotowe w towarzystwie rodziny Basi, gdzie choć często pada deszcz, to wciąż trwa lato.

https://egmont.pl/Basia.-Bajki-na-dobranoc,11600899,p.html

https://egmont.pl/Basia-i-lato-pod-psem,11079738,p.html

“Bajki na dobranoc” to krótkie, czasem rymowane, a czasem pełne słodyczy z naciskiem na żelki,  historyjki opowiadane tuż przed snem. Dla nas niestety już za krótkie, przy jednym czytaniu, trzeba zapoznać się z kilkoma, zdecydowanie dla młodszych dzieci. Wszyscy te bajki wymyślali, i babcia i dziadek i nawet Basia. Podobno najlepiej pomagają w zasypianiu, koniecznie sprawdźcie…

O przytulaniu już było, to teraz o pieszczocie…

Zacznijmy od pytania: czy współczesne dzieci, są rozpieszczone? jakby się tak porozglądać, w domu, szkole, na placu zabaw, w autobusie, teatrze, jak się tak rozglądacie, to co myślicie? są?

A jacy są rodzice? czy bardziej permisywni, niż kiedyś? to znaczy, czy rodzice są bardziej zaangażowani w życie swoich dzieci, czy się bardziej interesują, biorą udział i przejmują? Wiem, co sobie myślicie, miałam podobnie. Rodzice bardzo, ale to naprawdę bardzo angażują się w życie swoich dzieci, ukłuto już nawet powiedzenie: “o rodzicach-kosiarkach”, którzy wykosili już tak wiele trudności w życiu swych dzieci, że nie miały one szansy doświadczyć żadnej porażki.

Myślę, że zamiast pytać, czy rodzice za bardzo angażują się w życie swoich dzieci, należałoby zapytać: po co to robią?

Ile razy, czułaś (czułeś) się odpowiedzialna za zachowanie swojego dziecka, ile razy byłaś dumna (dumny), bo zrobiło coś zgodnie z oczekiwaniami, a ile razy miałaś (miałeś) ochotę zapaść się pod ziemię, bo jego zachowanie pozostawiało wiele do życzenia? Niektórzy z nas wykorzystują swoje dzieci do zaspokajania własnych potrzeb emocjonalnych i nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Stąd potrzeba zadania pytania: dla kogo rodzice, to robią? Kiedy przeczytałam to pytanie w książce “Mit rozpieszczonego dzieckaAlfie Kohn-a, pojęłam, że tak bardzo jesteśmy skoncentrowani na sobie, swoim poczuciu wartości i swoich brakach, że nie dostrzegamy, kim naprawdę są nasze dzieci i jakie mają potrzeby? Osobiście, myślę, że to pytanie stanowi sedno nadopiekuńczości, troszcząc się o dzieci, naprawdę rzadko wtedy, o nich właśnie myślimy…

A czego dzieci potrzebują do rozwoju? jak często słyszycie, że dziecko trzeba kontrolować, czego przykładem jest aktualnie wprowadzony do wszystkich chyba szkół, przynajmniej w Wałbrzychu: “mobi dziennik”. Czemu służy? ja nie wiem, naprawdę nie wiem, czemu służy?, wiem za to wszystko, co dzieje się w szkole, dostaję raporty dzienne i raporty tygodniowe, bardzo szybko dowiaduję się, czy moje dziecko na lekcji było, czy nie…, koszmar!!! dlaczego? wszystkie te informacje, trafiają do mnie, matki i wywołują natychmiastową reakcję, jak to nie przygotowany, jak to brak stroju, i jak to przeszkadzał na lekcji?. Kiedy to czytam, mam ochotę “postawić pod ścianą i strzelać”, a tak naprawdę szybko dostać odpowiedź, od moich dzieci, co się takiego zadziało? tylko po co? zapomniał stroju na w-f, no i?, nie przygotowała się, no i? czy to ze mną coś jest nie tak?. Nie chcę kontrolować, chcę mieć z nimi taką relacje, że o tym co dla nich ważne przyjdą i same powiedzą.

Czy musimy kontrolować nasze dzieci, czy chcemy im i sobie to robić?  ten sposób kontroli narzucony i uczniom i nam, przybiera skrajną, a nawet przemocową  formę. Rozumiem, dzieci potrzebują porządku i przewidywalności, ale żadna kontrola zdrowa nie jest. Opierając się wciąż na książce “Mit rozpieszczonego dziecka” cytuję:          “gdy rodzice kontrolują wyniki w nauce dziecka, zwykle oddziałuje to niekorzystnie na jego osiągnięcia i zmniejsza jego zainteresowanie nauką”, dalej czytamy: “że kontrola prowadzi do sytuacji, w której dziecko dostaje miłość i akceptację, kiedy rodzic jest z niego zadowolony. Kiedy nie spełnia oczekiwań rodzica, ten traktuje je chłodno”. Kto z nas musiał zasłużyć na miłość rodziców? i jak się z tym można czuć?

To  teraz o “pieszczocie”, czy można rozpieścić dziecko? czy można za mocno zaangażować się, w życie dziecka? oczywiście, że można, ale tylko wtedy, kiedy zaangażowanie będzie formą kontroli.

Nie rozpieścimy dziecka, kiedy aktywnie wspieramy go w decydowaniu o własnym życiu i zaspakajamy jego potrzeby bezwarunkowej miłości, nawet z największym zaangażowaniem.

To może jeszcze na zachętę: rywalizacja i nagrody…, czym jest rywalizacja i czy naprawdę  tylko jedna osoba  może być zwycięzcą? Rywalizacja jest wyjątkowo destrukcyjna, niszczy pewność siebie i relacje międzyludzkie. Przede wszystkim jednak niszczy motywację wewnętrzną, w której chodzi o to, że podejmujemy działania, dla samych działań. A zatem, nie chodzi o to, jak bardzo jesteśmy zmotywowani, ale co nas motywuje? 

A jak uważa, niestety większość rodziców? owóż, bardzo często, uważają, że najlepszym sposobem na to, by przygotować dzieci na bolesne wydarzenia w przyszłości, jest zadbanie o to, by nacierpiały się już teraz. Czy nie lepiej, byłoby przygotować dzieci do życia, ucząc je współpracy i empatii? Najbardziej ucierpi tu nasza relacja z dziećmi, zamiast reagować na indywidualne potrzeby dzieci, skłaniamy je do samodzielności, oraz do przekonania, że porażka, jest dla nich korzystna.

Rywalizacja nie jest potrzeba do tego, byśmy doskonalili swe umiejętności.  I dzieci i dorośli najlepsze wyniki w nauce uzyskują, kiedy czerpią radość z tego co robią. Kiedy nauce towarzyszy atmosfera radosnego odkrywania i poznawania  rzeczy nowych. Absolutnie, nie trzeba nas nagradzać, za robienie rzeczy i osiąganie celów, które nas interesują. I jacy jesteśmy zadowoleni, że nauczyliśmy się czegoś nowego, a jacy pewni siebie, że zyskaliśmy nową umiejętność.

W dalszej części książki przeczytacie o tym, dlaczego samodyscyplina jest przereklamowana i czym jest refleksyjna buntowniczość. Zachęcam, tym bardziej, że już za chwilę o nowej książce Alfie Kohna: “Mit pracy domowej”.

Podsumowując, tak jak nie da się za dużo przytulać, podobnie nie można rozpieścić dziecka, i jak twierdzi autor, to nie dzieci pozwalają sobie na zbyt wiele, ale kontrolujący dorośli, oraz tworzone przez nich instytucje…

Za chwilę na blogu konkurs i jeden egzemplarz książki, chętnie oddam w dobre ręce 🙂

http://wydawnictwomind.pl/mit-rozpieszczonego-dziecka/

Maestro pokoju i kolory u Zofii…

Czytam sobie, prawda, od dawna…, od jakiegoś czasu namawiam do czytania dzieci, skutek, no cóż, na pewno sami to przeżywacie, ciężka praca.

To co dla nas wydaje się oczywiste i zupełnie naturalne, dla innych już takie być nie musi, i dobrze, myślę sobie, każdy ma prawo po swojemu cieszyć się życiem. Ale kiedy dotykamy tematu czytania, no cóż, moja gotowość do akceptacji odmienności maleje i to bardzo. Niby wiem doskonale, że przykład idzie od nas, rodziców, mniej gadać, więcej robić i tak będą nas nas naśladować. I co? Moje dzieci widzą mnie najczęściej w kilku sytuacjach, zwykle jak siedzę z książką, często w kuchni i niestety równie często z odkurzaczem 😉

Kiedy zaczyna się naśladowanie? Pojęcia nie mam…, pomału faktycznie dojrzewam do kiszenia ogórków we własnej kuchni, jak to robiła moja mama rok w rok, o dziwo, moja mama owszem książki czytała, ale zwykle te, które poleciłam jej ja….. Może to wychowanie przez naśladowanie przereklamowane jest? wolałabym, żeby jednak nie było! nie lubię za dużo gadać,a już moralizować, to absolutnie i w ogóle .

Wracając do czytania, przepadam, uwielbiam i mogłabym na okrągło, za cel sobie postawiła, że będziemy czytać. Najpierw znalazłam męża, który czyta, to był ważny krok…, a teraz mam dzieci, które zachęcam do czytania właśnie. Efekt? Ja nadal czytam…

Choć bez narzekania, wygląda to tak: Kuba skrupulatnie czyta lektury, Ida czyta lektury i tytuły, które ewidentnie przypadną jej do gustu. Kalina na okrągło mogłaby czytać o Basi…, ale na szczęście co chwilę pojawiają się książki godne uwagi i czytania, także dla takich “małolatów” ostatnia seria, która skradła moje serce to wydawnictwo Egmont: “czytam sobie z kotylionem” , poziomowany program wspierający naukę czytania, dla dzieci od lat 5. Serię znamy i lubimy od dawna, na czym więc polega różnica?

Każdy tytuł opowiada o innej osobie bardziej, lub mniej znanej. Dziś przeczytałyśmy o Ignacym Paderewskim i Zofii Stryjeńskiej. Co ciekawe, o Zofii, co zbierała kolory na krakowskich straganach z ukochanym ojcem napisała Angelika Kuźniak, ta sama, która napisała biografię Zofii Stryjeńskiej czy też książkę “Papusza”. Język prosty, historia krótka, ale od czego jest mama, czy tato, można im zadać dziesiątki pytań, żeby dowiedzieć się więcej o artystach sprzed lat…

Jeszcze jedna historia mnie zachwyciła: “Maestro pokoju” o Ignacym Paderewskim. Ta historia jest nawet lepiej napisana niż historia Zofii Stryjeńskiej, gorąco polecam…, może dlatego, że Zofia miała problem z pobieraniem nauki bo była kobietą, a Ignacy miał problem z pobieraniem nauki w sposób uporządkowany, bo wielkim indywidualistą był…

https://egmont.pl/O-Zofii-co-zbierala-kolory.-O-Zofii-Stryjenskiej.-Czytam-sobie-z-kotylionem.-Poziom-2,11600914,p.html