Bramkarzem być! KONKURS

Jest taka książka, o mężczyznach podobno wyjątkowych: indywidualiści, samotnicy, szaleńcy! a teraz nazwiska: Buffon, Casillas, Neuer, czy Petr Cech, może jeszcze Fabiński…

Każdy fan piłki nożnej wie o kogo chodzi, a ja chętnie podzielę się książką, która opowiada na czym polega wyjątkowość bramkarzy!

Zapraszam, wystarczy podać w komentarzu nazwisko Waszego ulubionego bramkarza!

Czas start, kończymy w środę (22.11.2017) o godzinie 20:00

https://egmont.pl/Bramkarze.-Samotnicy-akrobaci-dyrygenci,2382869,p.html

 

 

Syla bora to rium – o tym, czym jest komunikacja?

Rewelacja! Ta książka, to rewelacja, po pierwsze jest pięknie wydana, pięknie ilustrowana i do tego niesie niezwykłą treść…, pewnie, nie każdy się ze mną zgodzi, że ta treść jeszcze ma znaczenie,  postaram się jednak udowodnić, że jest inaczej…

Książka skierowana jest do młodego erudyty, czyli do kogo? Trudno powiedzieć, ja mam za małe dzieci, żeby dla przyjemności, czy z ciekawości szukały wyjaśnienia i definicji słowa np. „reperkusja”, udaje mi się jednak pracować z młodzieżą prawie, prawie dorosłą w sensie osiemnastoletnią i przyglądam się z ciekawością, z jakim dorobkiem kulturalnym i zasobem wychodzą z domu i wchodzą w świat dorosłych.

I możecie sobie wyobrazić moje zaskoczenie, i nie ukrywam także rozbawienie, kiedy robimy ćwiczenia, w których książka „Sylaboratorium” jest mi pomocna. Pracujemy np. w dwóch grupach, każda dostaje na kartkach dwa słowa, mało popularne i prawie już nie używane i ma za zadanie stworzyć definicję i tak ją przedstawić drugiej grupie aby ta zgadła, jakie to za słowo? Zabawa trwa, grupa wysila się w podpowiadaniu o jakie słowo im chodzi, i tu rzecz dotyczy: sprzątania, ogromnego bałaganu, nieporządku, strasznego wprost „syfu”, sama robię się ciekawa o jakie słowo grupie chodzi? w końcu, kiedy już nie ma pomysłów o jakie słowo chodziło, odkrywamy kartkę i dowiadujemy się, że to „mezalians”…

Albo inne słowo, definicja wypracowana przez młodzież kręci się wokół ptaka, bo to na pewno jakiś ptak jest, no faktycznie koniec, końców okazuje się, że to słowo „młokos” na myśli mieli…

Nie, bynajmniej nie śmieję się z młodzieży, przeciwnie dobrze się z nimi bawię to raz, a dwa kolejny już raz zadaję sobie pytanie, czy ta wiedza, co znaczą owe słowa, jest ważna? czy się nam przydaje, i do czego nam to jest potrzebne? Jesteśmy uzależnienie od technologi, przez co rzadziej kontaktujemy się bezpośrednio z drugim człowiekiem, rzadziej ze sobą rozmawiamy, rzadziej budujemy bliskie relacje, poznajemy się, opowiadamy o sobie prawdziwie i szczerze, coraz mniej nas w nas… Niestety coraz mniej też czytamy, a nawet jeśli, to jet to literatura na wskroś współczesna.

Naprawdę, staram się dobierać dzieciom do wspólnego czytania, książki i mądre i ciekawe, zwracam uwagę na autora i wydawnictwo. Możecie więc wyobrazić sobie moje zdziwienie po pasjonującej  lekturze np. Basi, poznaliśmy historię innej Basieńki, sprzed wielu lat. Przeczytałam z dziewczynkami „Awanturę o Basię” i normalnie czapki z głów, jaka to jest trudna lektura, jakie tam są słowa, trzeba było sprawdzać w słowniku, ale nasze dzieci, już wiedzą kto to jest „młokos”, i, wiedzą też, że lektura książki nie zawsze jest li tylko pasjonująca, ciekawa, ale i wymagająca: uwagi, skupienia, czy sprawdzenia w słowniku co autor na myśli miał?

Po co czytać „Sylaboratorium” ? na to pytanie, odpowie prof. Bralczyk: „żeby wiedzieć”! tylko tyle i aż tyle…

https://egmont.pl/Sylaboratorium,3322884,p.html

 

 

 

 

 

Basia i jej kolejne piękne przygody

Depczemy sobie z Basią po piętach, obecnie z dużą przyjemnością, czyli jak zwykle czytamy: „Wielką księgę przygód 4 Basia”, i można powiedzieć, że coraz więcej nas łączy! Bo już na początku, pierwsza historia: „Basia i remont”, bardzo jest nam bliska. Ja co prawda planowałam zmiany w pokojach dzieci już od dłuższego czasu, i na szczęście nie zalało mi łazienki…, ale perypetie podobne z Basią mamy.

Pierwsza złota myśl, żeby było czysto i pięknie, najpierw trzeba zrobić spory bałagan, osobiście nie znoszę tego bałaganu! Odnaleźć się nie można, wszędzie kurz, rzeczy nie na miejscu, znalezienie czegokolwiek graniczy z cudem. Ale wciąż przyświeca mi myśl, że jeszcze będzie czysto i ładnie! Basia miała to szczęście, że mogła się z domu na czas remontu wyprowadzić, co koniec, końców nie było takie fajne, jak się na początku zdawało. My potykając się o siebie i poprzestawiane meble zostaliśmy w domu, efekty już są, ładnie i prawie czysto też! To co nas z Basią jeszcze łączy to radosna twórczość naszych dzieci na ścianach swoich pokoi, podobnie jak Roszpunka z bajki „Zaplątani” pomalowali ściany od podłogi aż po sufit, z pieśnią na ustach: „galeria mi się śni…”

Jest też historia o tym dlaczego być uczciwym i jak wybaczać, naprawdę poruszająca. Bo jakie emocje są między rodzeństwem wiedzą wszystkie rodziny z minimum dwójką dzieci, kiedy walka wręcz i na słowa przybiera na sile, mało tego mam poczucie, że nigdy się nie kończy.

Dziś skończyliśmy czytać ostatnią historię o wypoczynku na nartach w górach u rodziny tatusia Basi, śnieg, narty, wyciąg narciarski i ciepło przy gwarnym, rodzinnym stole, i już nas tęsknota  za zimą ścisnęła, a przecież nie jest to moja ulubiona pora roku. Moja nie, a dzieci owszem, mamy też plan na naukę jazdy na nartach, mam nadzieję, że realny…

Jak zwykle polecam lekturę Basi i mocno zachęcam do przeczytania z dziećmi, dobrej zabawy Wam życzę!

https://egmont.pl/Wielka-ksiega-przygod-4.-Basia,3754001,p.html

 

„Latające dzieci” to takie, które mocno stąpają po ziemi

Szkoła jest placówką bardzo obecną w naszym życiu, po pierwsze dlatego, że trójka dzieci codziennie się do niej udaje, po powrocie, o szkole rozmawiamy, odrabiamy lekcje, narzekamy, czy też jak najmłodsza nasza córka Kalina ekscytujemy się na jakieś wydarzenie! Szkoła jest również obecna w moim życiu zawodowym, ponieważ mam z młodzieżą zajęcia z doradztwa zawodowego. Młodzież bardzo lubię, za dziećmi przepadam, a szkoła? wciąż wywołuje we mnie mieszane uczucia, zresztą podobnie jak w uczniach! To co daje mi najbardziej do myślenia to element łączący i szkołę i dzieci, kto wie kogo mam na myśli?

Tak, tak to rodzice! I tu zaczynają się moje, jakby to powiedzieć: dylematy? choć nie, chyba nie dylematy, to wątpliwości, czy o to w macierzyństwie chodzi, o tą natarczywą obecność, o tą wszechobecną opiekę, przejęcie, kierowanie i dopilnowanie każdego kroku, słowa, rymu w wierszu…

Od zawsze nie mam zgody na przejmowanie i wtapianie się w życie innych, no może na początku znajomości z mężem moim, bardzo chciałam się zabliźnić, ale szybko postawił granice, uff! trafiłam na takiego co się nie dał…

Z dziećmi mam podobnie, to znaczy: nie dają się! ale i ja jestem już mądrzejsza, nie muszę, nie chcę zawłaszczać sobie ich przestrzeni np. szkoły. Oddaję im to miejsce, ten czas chętnie i nawet bez walki. Zawsze wspieram, jestem w pełnej gotowości, ale i pozwalam ponosić konsekwencje, pamiętać o zadaniu, czy stroju na W-f. Pozwalam na ponoszenie konsekwencji braku kleju, czy plasteliny, nie przygotowania do lekcji…

Owszem jestem zła, ale pozwalam, bo jak inaczej nauczyć dziecko:

jak radzić sobie z porażką?
jak wzmocnić wiarę we własne umiejętności?
jak realizować własne pasje i cele?
jak osiągnąć dojrzałość? jak budować emocjonalne zasoby?

Nie będę się wymądrzać, odwołam się do rewelacyjnej książki, którą powinniśmy koniecznie posiadać! Oczywiście można, pożyczyć, jednak myślę, że nie sposób czytać ją bez ołówka, czy zakreślacza. I tak rozpoczynając od rozdziału: potęga relacji, koniecznie „wężykiem” trzeba podkreślić kilka zdań, najważniejsze dla mnie, to:”wyręczanie nie jest udzielaniem pomocy. Dobra pomoc to taka, w której dziecko otrzymuje tyle wsparcia, aby samodzielnie wykonać zadanie”. Poczucie własnej wartości budujemy na relacji i zaspakajaniu wrodzonej potrzeby bycia zauważonym, jak to robić? wystarczy cieszyć się z dzieckiem z jego sukcesów, kolejnych, nowych doświadczeń, wymaga to od nas dorosłych „wejście w buty dziecka”, spojrzenie na świat jego oczami. Jak opanować tę sztukę, bez narzucania własnych, „najlepszych” gotowych rozwiązań? Autorka podaje metody, które działają i wymagają od nas odrobiny wysiłku w zmianie sposobu myślenia i jeszcze odrobiny wysiłku we wprowadzeniu tej zmiany w życie.

Co to znaczy uwierzyć w dziecko?jak dostrzec jego potencjał? jak zauważyć i zacząć wspierać jego talenty? jak pomóc dziecku w odkrywaniu jego prawdziwego „ja”? Nic co nam, rodzicom się wydaje, albo czego byśmy chcieli dla siebie, czy naszych dzieci. Nie kreowanie, a uważne obserwowanie i wyławianie tych elementów, które czynią dziecko niezależną istotą, zauważanie ich i nazywanie, bo to rozwija mocne strony.

Wprowadzanie dziecka w świat wartości i stawianie celów, nie odbywa się to poprzez mówienie, wszyscy to wiemy, ale co się nagadamy to nasze…, dlatego, żeby nie przedłużać, książka jest świetna i bardzo zachęcam do zapoznania się z nią wnikliwie. Ja zgadzam się z wnioskiem, który z książki wybrzmiewa: „Rodzicielstwo, to jeden z najlepszych momentów do pracy nad dobrą zmianą rodzica”.

Wyszłam od tematu szkoły, bo mam poczucie, że czekamy aż ona za nas załatwi szeroko pojęte wychowanie, ale to my możemy stworzyć dziecku miejsce do poczucia się silnym i wartościowym, pełnym wiary i celów, potrafiącym dokonać samooceny i podejmować dojrzałe decyzje, nikt tego za nas nie zrobi…

https://www.samosedno.com.pl/glowna/1680-dodaj-mi-skrzydel-jak-rozwijac-u-dzieci-motywacje-wewnetrzna–9788377889039.html