Życzliwość

W rzeczywistości codziennej i wirtualnej cierpimy na brak, przejmujący brak życzliwości. Ok, może nie cierpimy, ja cierpię. Mam za to przesyt mądrości nie wiadomo skąd, większość może i chętnie z możliwości tej korzysta, aby jasno i często wulgarnie, wyrazić swoje zdanie, na dosłownie każdy temat. Przyłapuję się na tym, że i ja mam ochotę, ba czasem nawet zaczynam pisać co myślę na dany temat (tak jak teraz…), ale po chwili odpuszczam, zadając sobie pytanie: po co? i czy na pewno nikogo nie urażę?

Dziś znalazłam powód do napisania, to będzie apel o okazywanie życzliwości w życiu codziennym i w przestrzeni wirtualnej.

Jesteśmy, a przynajmniej bywamy mili, uśmiechamy się, mówimy “dzień dobry” i “przepraszam”. Wychodzimy do innych i wiemy jak należy się zachować, zwykle nie mamy z tym problemu. Czasem skomentujemy coś pod nosem, lub jak mawiał pewien wałbrzyski kustosz: “zmełłem przekleństwo w ustach”. Ok, zdarza się, że nie wylewamy żalu i pretensji, zapanujemy nad oburzeniem i niechęcią do tego co myślą i robią inni. Zapanujemy nad pojawiającą się pogardą, obrzydzeniem i schowamy święte oburzenie w sobie.

Częściej jestem jednak świadkiem, braku panowania nad językiem. Lub w mediach społecznościowych, panowania nad rękami, które tak świerzbią, żeby komuś napisać i dowalić, używając słów, uważanych powszechnie za obelżywe. Słów, których nie chcemy, aby używały nasze dzieci

Stałam ostatnio w kolejce w barze, gdzie nie spojrzysz, prośba napisana kredą na tablicy i wydrukowana na kartce: “prosimy o zakładanie maseczek”. Czy mi się to podoba, czy nie, chcę kupić pierogi, zakładam maseczkę, jak nie chcę zakładać, mogę wyjść i sama pierogi lepić. Stoję i czekam, nagle słyszę starszą panią jak grzecznie pyta obsługę, czy może założyć maseczkę, lub przyłbicę. Po kilku sekundach obsługa i osoby w kolejce, wyraziły swoje zdanie (głośno i wulgarnie) na temat: wieku pani, pojemności rozumu, inteligencji, i co najważniejsze wyraziły zdanie na temat “tego całego korona wirusa, co to go nikt nie widział”. Stałam w maseczce, jak większość i próbowałam zrozumieć, o co chodzi? Panie dały upust swojej frustracji, zwymyślały staruszkę i jeszcze pozwalały sobie na niegrzeczne komentarze miedzy sobą. Wróciłam z tymi pierogami do domu, przy stole opowiedziałam o tej sytuacji rodzinie. Nie zareagowałam i chyba nawet, dobrze, bo panie były tak nakręcone, że żadne moje słowa nie byłyby odpowiednie (no chyba, że bym im przyklasnęła).

Kiedy przeglądam posty na FB, często z każdą minutą mam coraz większe wątpliwości, czy to co widzę i czytam jest chęcią podzielenia się czymś dobrym, ciekawym, zabawnym. Czy też chodzi o wywalanie na innych złości i utwierdzanie się w poczuciu, że ja mam rację i wiem lepiej.

Stąd potrzeba napisania słów kilku o dobrych manierach, dokładnie tych, których wymagamy od dzieci. Tłumacząc im, dlaczego to takie ważne, że potrafimy szanować uczucia i rozumiemy, że nasze słowo, postawa, zachowanie ma wpływ na innych. I tu dochodzimy do życzliwości, myślę, że jest fundamentalną kompetencją społeczną, to coś więcej niż bycie miłym. Na pewno przyczynia się do wzrostu naszego społecznego i emocjonalnego IQ, pozwala patrzeć ludziom w oczy i ich słuchać, a nie atakować. Pozwala zauważać innych takimi jacy są, i zostawiać ich z tym. Nie na wszystko mamy i nie na wszystko chcemy mieć wpływ. Życzliwość pozwala zastanowić się, nad tym, czego mogą potrzebować inni.

Życie jest nieprzewidywalne, tego doświadczamy w ostatnich miesiącach, jak chyba nigdy wcześniej. Piszę z własnej perspektywy, nie uchronimy siebie i bliskich przed różnymi zagrożeniami, nieszczęściami. Można jednak uczyć się radzenia z trudnościami, i dobrze jest usłyszeć słowa konstruktywnej krytyki, dobrze jest umieć przyznać się do błędu i przeprosić. Dobrze jest, nie wyśmiewać się z innych, nawet kiedy jesteśmy przekonani o swojej racji.

Jestem przekonana, że warto jest uczyć dzieci, że nie powinno się robić, ani mówić niczego, co mogłoby zawstydzić, czy zasmucić innych. A przy tym, mnie obowiązują te same zasady, które przekazuję, mam dawać przykład. Jestem za to odpowiedzialna i mam na to wpływ. I zachęcam bardzo, pielęgnujmy życzliwość, to coś więcej, niż mechaniczne bycie miłym.

Radość nasza codzienna

Nie mam na myśli szczęścia, mowa o zwykłym (niezwykłym) uczuciu radości. Często obserwując młode mamy, próbujące odnaleźć się w nowej roli życiowej, zauważam, że radość największą czerpią, przebywając z własnym dzieckiem. To ten cudowny czas, kiedy uśmiech i każda nowo nabyta umiejętność maleństwa, jest wiadomością dnia i cudem po prostu. Ta radość w mamach jest wciąż obecna, choć opieka i troska nad małym dzieckiem, bywa naprawdę męcząca.

Jednak przychodzi taki czas…

Kiedy nasze pociechy rosną, ta radość z każdą chwilą z nich dosłownie “wyskakuje”, a mamy w poczuciu powinności bycia “najlepszą mamą” na swojej ulicy, zaczynają to uczucie korygować. Na pewno to znacie, poprzez własne doświadczenie, lub obserwację na placu zabaw, autobusie lub kolejce. Jedno dziecko za głośno się śmieje, drugie za głośno śpiewa, pytań za dużo zadaje, a w ogóle to z czego się tak cieszy? I radość będąca naturalną cechą naszych dzieci w naturalny sposób jest negowana, oceniana i poddawana kontroli.

Coraz mniej radości…

Tacy jesteśmy poważni, zapracowani, poświęcamy się w domu, w pracy, w rodzinie. Tacy zagonieni, tyle rzeczy trzeba i muszę, a kawa to już tylko zimna i obiad w biegu. A jeszcze tyle zajęć dodatkowych, żeby te nasze dzieci miały w swoim życiu perspektywy i żeby miały lepiej niż my. Tyle robimy dla naszego otoczenia, tak się staramy, a radości pomimo trudu coraz mniej.

Radość nasza codzienna, jest właśnie tu! Jeśli pozwolimy sobie na chwilę wytchnienia, na czas bez zadyszki i zadęcia, ile to muszę i jak to ja dam sobie radę. Jeśli odkryjemy w sobie znów, to co daje nam radość i spokój, oraz każdego dnia damy sobie przyzwolenie na doświadczanie tych rzeczy, jest szansa na osobistą radość codzienną. Może będziesz musiała chwilę się nad tym zastanowić, wziąć kartkę i przypomnieć sobie, co daje Tobie energię, spokój i radość.

Od tego jakie emocje zagoszczą w Twoim wnętrzu zależeć będzie atmosfera panująca w Twoim otoczeniu. I to nie jest łatwa rzecz, bo te nasze małe słodkie dzieci rosną i zmieniają się, a każdy kolejny rok to nowe wyzwania, nadążania za coraz to starszym i mądrzejszym dzieckiem, nastolatkiem. Ileż to generuje trosk, zmartwień, niepokoju, lęku, no właśnie kto to wszystko generuje? Ostatnio uświadomiłam sobie, jak dobrze mieć realny wpływ na to co myślę, na to jakie pojawiają się we mnie emocje, i na to jak się czuję. Uczę się zmiany sposobu myślenia, wychodzenia z utartych ścieżek, efektem tego są moje emocje i moje samopoczucie. Efektem tego jest poczucie, że tylko ja ponoszę odpowiedzialność za swoje emocje i mam wpływ na atmosferę w domu, w pracy, a nawet w kolejce do apteki…

W życiu rodzinnym i społecznym, lubię to, że mam tą pracę do wykonania osobiście, i chętnie to robię 🙂

Radości!!!

“Ja wiem, że mam mały rozumek, ale nie rób mi z niego wody…”

“Ja wiem, że mam mały rozumek, ale nie rób mi z niego wody” to cytat rozmowy ponadczasowego Kubusia z jednym z wielu przyjaciół. Pamiętam go od naprawdę dawna, a ilekroć go wspomnę nieodmiennie mnie bawi.

Co prawda w naszym domu królują cytaty z Muminków, ale powroty do Kubusia i przyjaciół są bardzo dobre. Z dużym sentymentem wracamy do Krzysia, Kubusia, czy Prosiaczka, rozmowy i zabawy przyjaciół ze Stuwiekowego lasu, nie straciły z upływem lat, choć dzieci dziś już trochę inne i Świat wygląda już inaczej. Nie przeszkadza nam to jednak śmiać się z rozmów, jakie Kubuś prowadzi ze swoimi przyjaciółmi, pełny przekrój temperamentów. Osobiście przepadam za melancholijnym Kłapouchym i bojącym sią własnego cienia Prosiaczkiem.

Kiedy czytamy “Kubuś i lekcje ze Stumilowego Lasu” przypominam sobie te historie oglądane na dobranoc. Pamiętam poszukiwanie ogona Kłapouchego, jeszcze lepiej pamiętam wyliczankę czynności niedozwolonych przez Królika, czy to nie brzmi wciąż pięknie:

“Nie jeść za dużo, żeby się nie zabrzuchować w moich drzwiach”, albo “Nie mówić kiedy ja myślę”. Wydaje mi się, że ten ostatni sparafrazowała pewna celebrytka, mówiąc do swojego partnera “nie mów do mnie teraz” 🙂 😉 Pamiętam, że Królik mnie denerwował i z przykrością odkrywam, że trochę jesteśmy do siebie podobni.

Kolejny tytuł “Kubuś i dobre maniery” tez jest cudny. Stół nakrywamy wciąż tak samo, ćwiczymy gościnność i zachowanie przy stole. Może tylko z telefonu korzystamy inaczej, co nie znaczy, że lepiej. Często zdecydowanie lepiej z kimś porozmawiać, niż wysyłać zdawkowe wiadomości, które mogą być źródłem nieporozumień. Dobrze też poćwiczyć pamięć i zapamiętać kilka najważniejszych numerów telefonicznych do bliskich.

Pięknie napisane, mądre, nieśpieszne historie dla każdej grupy wiekowej. Dobrze spędzony czas z książką i dzieckiem, chyba, że u Was robi się podobnie ja u nas. Czytanie z dziećmi ostatnio nie wygląda najlepiej. Mogę się tu tłumaczyć wakacjami, wyjazdami, remontami i pracą oczywiście też. Myślę jednak, że przyczyna tkwi gdzie indziej… dzieci nam wyrosły! i czytają same, albo i nie czytają różnie to bywa, czasem wolą bawić się równie dobrze jak Kubuś i przyjaciele.

https://egmont.pl/kubus,

Basia nie musi siedzieć w domu

Mamy, aż trzy najnowsze książki o przygodach Basi, i tak się zastanawiam ostatnimi czasy nad jej fenomenem w naszym domu. Ta rezolutna dziewczynka, jak niektóre “ubranka” rośnie z nami, w końcu ona wciąż jest w przedszkolu, a my już dawno szkolni, ale Basia jest nam bliska i wcale różnicy wieku nie widać…

Tylko, że tym razem ona ma dużo szczęścia, szczególnie w książce “Basia i piknik”. Jak my jej zazdrościmy tego pikniku, biegania i zabawy z przedszkolnymi przyjaciółmi, ze zwierzakami, obserwowania przyrody, a konkretnie zaskorońca, i tego piknikowego jedzenia. Tak, wszystkiego jej zazdrościmy…

Zazdrościmy, bo przyszła wiosna, dzień jest dłuższy, kolejny tydzień ma być już bardzo ciepły i przyjemny, i wszyscy zostajemy w domu. Nie ma mowy o wyjściu do lasu, który w ostatnich tygodniach ratował nas, kiedy energia rozrywała dzieci na strzępy, a nasza cierpliwość dawno była już poza granicami. Szliśmy w las, gdzie cisza i spokój pozwalały ogarnąć świat emocji, nadszarpniętych relacji i niemocy w walce z niewidocznym….Nie wiem jak długo wytrzymamy bez lasu, boję się nagromadzonych zasobów energii w nas, i korona wirusa też!

Dlatego dobrze mieć Basię, spędzić z nią czas na pikniku i wyobrazić sobie, że jeszcze trochę, a my również bedziemy dobrze się bawić w zgodzie z naturą i z przyjaciółmi.

Kolejny tytuł to “Basia i przyjaciele: Zuzia” kłótnia rodziców, niewyjaśnione sprawy, niepewność, brak rozmowy z dzieckiem wywołuje w nim tyle uczuć, że z perspektywy rodzica i dorosłego nie sposób wszystkich tych emocji zobaczyć, ponazywać i im zaradzić. Przeżycia Zuzi, przedszkolnej koleżanki Basi, i to jak poradzili sobie w trudnej sytuacji najbliźsi pozwala zobaczyć świat emocji oczami dziecka. Świat to bogaty! pełen radości i strachów…, jak dobrze mieć fajnego tatę, który nawet jeśli nie wiele mówi, to jest obecny i bardzo pomaga.

Ostatnia książka “Basia Wielka księga przedszkola” jest dla Was, obejmuje cztery pory roku w przedszkolu, nam podobała się “Marzanna” i “Dżdżownice”. Historii przedszkolnych jest aż 19, będzie co czytać, kiedy nie można z domu wyjść. Żeby książkę otrzymać, należy udostępnić ten post i tyle. KONKURS BĘDZIE TRWAŁ DO CZWARTKU 9 KWIETNIA, w piątek wyjdę na pocztę (to jest powód opuszczenia mieszkania:) i wyślę egzemplarz zwycięzcy!

https://egmont.pl/Basia.-Wielka-ksiega-przedszkola,24352780,p.html

https://egmont.pl/Basia-i-piknik,24352814,p.html

https://egmont.pl/Basia-i-przyjaciele.-Zuzia,24352781,p.html

Jesteśmy już na granicy…

Przymuszeni do pozostania we własnych domach, mieszkaniach, czasem większych, częściej mniejszych, wszyscy razem, dorośli, dzieci, zwierzęta. Po dwóch pierwszych tygodniach zdecydowanie sięgamy granic. Myślę, że to dobry moment, żeby o granicach osobistych i cudzych napisać.

Też znacie stwierdzenie, że dzieci muszą znać granice, mieć jasno postawione zasady i reguły. Tylko wtedy czują się bezpiecznie, i wiedzą co im wolno, a czego nie. Dopóki nie urodziłam własnych dzieci i nie zaczęłam być matką, zasada ta wydawała mi się rozsądna, moi rodzice w ten sposób wychowywali mnie i moje rodzeństwo, dlatego była mi też bliska, do czasu, kiedy nasze dzieci zaczęły używać i nadużywać słowa: “nie”.

Nieprościej byłoby to dziecięce “nie” zbagatelizować, przekonywać do zmiany, czy zwyczajnie ignorować. Zauważyłam jednak, że moje argumenty, tłumaczenia, manipulacje nie mają większego znaczenia, a nawet nie trafiają do odbiorcy. Nie jestem zwolenniczką przegadanego wychowania, to z tymi granicami, też tak różnie bywało. Aż do czasu, kiedy poznałam pedagogiczne podejście Jespera Juula. On zawsze uważał, że i dzieci i rodzice mają największe korzyści, kiedy starają się postępować zgodnie z samym sobą, a nie jakąś teorią.

Jednak temat osobistych granic, jest niezwykle ważny i o nim traktuje ostatnia książka, przetłumaczona na język polski pana Jespera Juula: “O granicach, kompetentne relacje z dzieckiem”, muszę zacytować: “Kiedyś było normą, że gdy rodzice wyznaczali swoje granice, niemal zawsze przekraczali tym samym granice dziecka, zgodnie z zasadą: “Ty musisz respektować moje, ale ja nie muszę twoich”. Dzieci, które były często ranione, same uczyły się ranić innych, a gdy ich agresja została stłumiona przemocą, najczęściej wybuchała ze zdwojoną siłą, kiedy dorastały” – znam wiele takich rodzin i ludzi młodych, którzy już płacą cenę za to, że rodzice nie potrafili z szacunkiem odnosić się do ich granic.

Odpowiedzialność za tę sytuację zawsze ponoszą rodzice, niestety zwykle dzieje się tak, ponieważ sami nie potrafią postawić własnych granic, a nawet kiedy je postawią mają problem z zadbaniem o ich respektowanie. Dziecko uczy się jak stawiać granice i jak je sznować, zderzając się z granicami rodzica i obserwując, jak on o swoje granice dba. I wiecie co w tym jest niezwykłego (choć przecież zupełnie zwyczajnego), że w dbaniu o te granice, jesteśmy autentyczni właśnie. Komu nie zdarzyło się zrobić awantury, o ruszanie jego osobistych rzeczy…, czy rodzic może zrobić dziecku awanturę? jeśli nie robi tego w sposób krzywdzący i poniżający to oczywiście, że tak. Kiedy emocje opadną, a dziecko jest gotowe, żeby porozmawiać, dobrze jest przeprosić za swój wybuch, powiedzieć o swoich odczuciach i tyle…. Udawanie, że nic się nie stało, nie zbuduje zdrowej relacji z dzieckiem.

Jesper Juul mądrze twierdzi, że uczucia rodziców nie sa w stanie skrzywdzić dziecka. Krzywdę mogą wyrządzić mu tylko słowa, które towarzyszą uczuciom. Dzieci nie lubią, kiedy się na nie krzyczy, nie lubią kiedy rodzice się kłócą, ale nie ponoszą z tego powodu poważnej szkody.

Będąc rodzicami niemowlęcia, maleńkiego dziecka oddajemy wszystko, poświęcamy się w dawaniu, jest to doświadczenie wzbogacające, ale i frustrujące, fajnie jest od razu widzieć efekty naszej troski. Tyle tylko, że wychowanie to inwestycja długoterminowa, efekty zobaczymy za kilka, kilkanaście lat. W całej naszej ofiarnej miłości do dzieci, kiedy zaspokajamy ich potrzeby i pragnienia, tracimy z oczu siebie. Jeszcze większy problem jest wtedy, gdy nie widzimy różnicy, między tym czego dziecko potrzebuje, a tym, na co ma ochotę. Obsługujemy, służymy dziecku, spełniamy jego zachcianki, dzieci postawione w centrum stają się plagą dla otoczenia, traktując innych tak, jakby istnieli jedynie dla ich potrzeb, stają się tyranami.

Podoba mi się to, że nie zmienimy takiego zachowania trenując się w stawianiu granic i mówienia “nie”, rodzice i otoczenie powinni najpierw odkryć swoje potrzeby, pragnienia i znaleźć odwagę, żeby je artykułować i traktować poważnie. Nauka mówienia sobie “TAK”!, jeśli to się uda, tyran zmieni się w dziecko – naturalnie nauka szanowania cudzych granic chwilę potrwa, dziecko będzie się złościć, płakać, smucić. Z wiekiem coraz lepiej radzi sobie z tymi trudnymi emocjami. Zadaniem rodzica jest pomoc w odróżnieniu frustracji od smutku, danie dziecku czasu na poradzenie sobie z emocjami, naukę ich kontrolowania – czas jest często cudownym środkiem zaradczym na konflikty z dziećmi, dobrze o tym pamiętać w czasie przedłużającej się kwarantanny.

Czas i lektura tej książki… 😉 Tymczasem koniecznie doczytajcie o konfliktach, i “nie” mówionym z miłości. Gdy nauczymy nasze dzieci mówić “nie” bez wyrzutów sumienia, nauczymy ich dbania o siebie i brania odpowiedzialności za własne potrzeby. Ludzie, którzy potrafią brać odpowiedzialność za siebie, mają także więcej poczucia odpowiedzialności za innych.

Koniecznie przeczytajcie:

https://wydawnictwomind.pl/ksiazka/jesper-juul-o-granicach-kompetentne-relacje-z-dzieckiem-ksiazka-dla-rodzicow/

Samokontrola

Samokontrola, kogo dotyczy i po co jest? Obserwując moje dzieci w sytuacjach różnych, oraz ludzi, z którymi na codzień pracuję, zaczynam odczuwać niepokój. Również sama, odczuwam niepokój, doświadczając uczuć skrajnych, trudnych…, kiedy mam ochotę dać upust swojej złości i pokrzyczeć na całego (co również, czasem mi się zdarza).

Każdy wie, że kontrolowanie własnych emocji, słów, zachowań to trudna sztuka, która wymaga od nas ciężkiej pracy, pokory i cierpliwości. Myślę także, że brak umiejętności czekania na przyjemności, panowania nad reakcjami i emocjami, prowadzi do wielu problemów, o których zaczyna się obecnie mówić głośno. Szukamy rozwiązań dla problemów emocjonalnych dzieci i młodzieży, pomocy u psychiatrów, psychologów, pedagogów, terapeutów. Zamartwiamy się, że brakuje specjalistów, szpitale są przepełnione, nie ma gdzie szukać ratunku, i kiedy się tak zamartwiamy, wychowujemy kolejne pokolenie dzieci, które nie czują się bezpieczne, ani z rodzicami, ani same z sobą.

Co robimy nie tak? Jak uczyć siebie i dziecko samokontroli?

Doskonale wiemy, jak wielu rzeczy nie możemy mieć, na jak wiele rzeczy trzeba nauczyć się czekać, jak wielu ludziom trzeba odmówić, żeby pozostać w zgodzie z sobą, żeby móc radzić sobie każdego dnia. Kiedy jednak musimy, czy chcemy odmówić dziecku i widzimy ten smutek, słyszymy żal, lub zwyczajną wściekłość, to nie raz, nie dwa odpuszczamy, pozwalamy, z przyczyn różnych. Czasem dla świętego spokoju, lub z powodu słabszego dnia, a niekiedy po prostu z braku stanowczości, ponieważ słowo “nie” kojarzy nam się z krzywdzeniem. Jak tu odmówić dziecku, kiedy czegoś tak bardzo pragnie?

Trudno nam samym czasami określić czego chcemy, jakimi rodzicami jesteśmy. Powielamy wyniesione z domu myślenie o wychowaniu, i dziwimy się, dlaczego to co działało dawniej, dziś już nie działa. I nie będzie działać! Myślę, że po części dlatego, że brakuje nam pewności siebie w roli rodzica, poczucia, że to ja jestem przywódcą dla moich dzieci.

Jak więc uczyć samokontroli? Trzeba zacząć od nauki mówienia “nie”, jeśli dziecko nauczy się, że nie zawsze dostaje to czego pragnie, nauczy się podstawowej prawdy o życiu: nie zawsze dostajemy to co chcemy, na inne rzeczy musimy zaczekać, a trudne emocje, które temu rozczarowaniu towarzyszą, okazują się być do przepracowania, wyrażenia i przeżycia. Kiedy odmawiamy dziecku, uczymy je, że również może odmawiać innym, nie zgadzać się np. na konkretne złe traktowanie i mieć odmienne zdanie.

Uczymy dziecko samokntroli, pozwalając również na ponoszenie konsekwencji negatywnego zachowania, czy też, nie trafionych decyzji. Kiedy moja córka wyda w jeden dzień kieszonkowe, które dostaje raz w miesiącu, naprawdę szybko orientuje się, że to nie była dobra decyzja, żałuje, że nie odmówiła sobie, jakiejś drobnej nawet przyjemności, bo na kolejne kieszonkowe, musi czekać cały miesiąc. Pytanie, tylko, czy pomogę jej w poradzeniu sobie z tymi emocjami, czy tylko “pożałuję” dziecka i dam mu kolejne pieniądze…. Panując nad zachciankami ma szansę, nauczyć się, że czekanie przynosi korzyści, może mieć więcej w dłuższej perspektywie.

Nauka samokontroli obejmuje również, a może przede wszystkim przykład rodzica, i to już obserwuję w mojej pracy codziennie. Pracując z ludźmi wykluczonymi społecznie, obserwując ich podejście do podejmowanych decyzji, i do tego, ile z tych decyzji kończy sie działaniem, a działanie doprowadzone jest do końca. I tu jest czarna rozpacz. Z pokolenia na pokolenie ludzie ci nie czują się odpowiedzialni za swoje decyzje, ani za to co się w ich życiu dzieje. Nie potrafią ustalić, co jest najważniejsze, nie potrafią wytrwać w podjętych decyzjach, pracach, szkołach, relacjach, znajomościach. Nikt ich tego nie nauczył, nikt im nie pokazał, że wykonywanie swoich obowiązków, nawet tych, które nie sprawiają nam przyjemności, to naturalna sprawa. Nikt ich nie nauczył, że można panować nad sobą i to daje znacznie więcej korzyści, niż wybuchy złości, agresywne zachowania, czy uleganie pokusom.

Większość z nas wie, czym samokontrola jest, ale czy umiemy nauczyć jej kolejne pokolenie? Bez tej wiedzy będzie im bardzo trudno żyć i doświadczać szczęścia.