Wakacje

Doczekaliśmy się, dzieci zachwycone, spanie do oporu, siedzenie wieczorem też do oporu i pytanie:

co dzisiaj robimy?

My idziemy do pracy…, a niania z dziećmi dwoi się i troi, żeby się nie nudziły. I wdzięczna jestem bardzo pani-niani bo jest z nami już czwarty rok, zna nasze dzieci doskonale i pomaga nam przetrwać wszystkie dni wolne od obowiązku szkoły: ferie, święta i wakacje. Możecie więc wyobrazić sobie blady strach który padł na mnie i męża w poniedziałek, kiedy niania późnym wieczorem zadzwoniła, że jest na pogotowiu, ma kroplówkę i walczy z nadciśnieniem. Normalnie trwoga, najpierw, żeby była zdrowa a później co my zrobimy?

Na szczęście sytuacja została opanowana, ale lęk pozostał.

Byle do urlopu…

A wy jakie macie pomysły na dzieci, kiedy trzeba iść do pracy, a jednocześnie zadbać o najmłodszych?

Powrót do źródeł czyli kto wychowuje nasze dzieci ?

No właśnie kto?
Zdarza się, że zasiądę na mojej starej kanapie i wysłucham dyskusji u pana Tomasza Lisa np. wychowanie seksualne w szkole. Zaprasza pan redaktor do rozmowy fachowców od dzieci i wychowania czyli ludzi zwykle bezdzietnych jak panią Szczukę i innych. I po krótkiej dyskusji wnioski są oczywiste, rodzice sobie nie radzą szkoła musi temat podjąć i świetnie go poprowadzi pomimo sprzeciwu opozycji. A wychowanie duchowe, religia? Oczywiście, w szkole od tego przecież taż mamy specjalistów. A dobre zachowanie? A szacunek i wartości wyższe? Kto pomoże?

Szkoła „cudowne” miejsce, znienawidzone przez dzieci, a zwalniające rodziców z podstawowej roli czyli wychowania.

Po co ten przydługi wstęp?

Otóż nie zgadzam się na wmawianie mi, że jestem niewydolna wychowawczo i szkoła załatwi to za mnie, zachęcam Was rodzice nie dajmy się, to nasze dzieci, my odpowiadamy za to kim będą w przyszłości.

Marzy mi się stworzenie takiego miejsca gdzie będziemy wspierać się w trudzie i radości dni poświęconych na bycie z dziećmi, bo przecież o to chodzi w wychowaniu, żeby być.
Jeśli więc ktoś chce pomóc to ja poproszę o szkołę owszem ale dla rodziców, nazwijmy ją SZKOŁĄ UMIEJĘTNOŚCI WYCHOWAWCZYCH.

Zapraszam
matka trójki dzieci

O dzieciach

DSCN4200O dzieciach odkąd są, można mówić bez końca, każde spotkanie w rodzinie, kawiarni, placu zabaw czy z koleżankami przy winie, zaczyna się różnie, ale kończy zawsze tak samo. Nawet kiedy ustalamy na przykład na babskim wieczorze tematy zakazane o dzieciach właśnie, to i tak kończy się opowiadaniem o dzieciach…
I wcale nam się nie nudzi, wciąż wydarza się coś wyjątkowego, wiele sytuacji doprowadza nas do granic wytrzymałości. My w tym wszystkim dumne młode mamy, zaangażowane w wychowywanie, prostowanie i nauczanie życia, lekko sfrustrowane, czasem nie dość pewne, czasem aż za pewne, niekiedy spięte i przejęte innym razem wyluzowane. Wszystkie łączy to samo: bezdyskusyjna miłość do dzieci i strach o nie. Z tej miłości i z tego strachu zapominamy o sobie, kim byłam zanim urodziłam, co ja w ogóle robiłam przed pojawieniem się dzieci?
Pojawienie się syna, ponad 10 lat temu, na którego czekałam tak, że idąc na porodówkę w podskokach z radości, że to już za chwilę spotkamy się po drugiej stronie brzucha, zdziwiona byłam, zdziwieniem położnej, że można tak cieszyć się na poród (bez znieczulenia!). Kilka godzin później wiedziałam o sobie już dużo więcej… i już nie dziwiłam się położnej… Po powrocie do domu, o rety! Ratunku! na pomoc! co ja mam teraz robić?
Znacie tę panikę?  Kto ma dziecko ten wie, jak szybko można się odnaleźć w nowej sytuacji, przestać spać, jeść, nawet oddychać, żeby na pewno słyszeć oddech dziecka. Ale to mija, sytuacja opanowana już po kilku tygodniach zaczynam brać głębszy wdech i pomalutku wypuszczam powietrze, zaczynam regularnie jeść, spać kiedy mogę i prosić męża o pomoc, na przykład przy gotowaniu oraz innych powinnościach. Ale jest taki moment, że czuję się uwięziona we własnym mieszkaniu, na własnej ulicy, świat mi się strasznie skurczył (powiększy się dopiero w piaskownicy o inne mamy, z którymi przez te 10 lat niejedno wino wypiłam i przegadałam mnóstwo godzin, temat rozmów zwykle ten sam, ale taka grupa wsparcia to coś pięknego i przyjaźnie, które się wtedy rodzą i z dumą mogę to powiedzieć wciąż trwają).
I jeszcze jedno odkrycie: dlaczego nie korzystałam z wolności lepiej? (przed pojawieniem się dzieci), ach trzeba było chodzić do kina, na tańce, koncerty, rower, spotykać się z ludźmi zamiast siedzieć w domu. Teraz to wiem, doceniam i zaczynam wyciągać wnioski, szukać czasu dla siebie, wychodzić na rower choćby na 15 minut, czytać książki, biec na szybkie pogaduchy do sąsiadki, do ludzi, do ludzi…
Wszystko się zmieniło, po kolei rodziły się córki, na porodówkę już nie biegłam bo wiedziałam co mnie czeka, ogarnięcie starszych dzieci i kolejnego to wyzwanie. Ale i tak jak sobie radzi mama bliźniaków pojęcia nie mam!
Staram się, trudzę, denerwuję i cieszę, że w porę usłyszałam mądre zdanie Doroty Zawadzkiej: “obserwuję, że większość mam wraz z łożyskiem wydala poczucie humoru” UPS!!! To był jasny sygnał, że wychowanie to szczęście, a nie tylko zadanie i zaczęłam czerpać z bycia mamą, żoną, kurą domową więcej radości, dostrzegać w sobie i pielęgnować kobietę, celebrowanie wyjścia z domu z mężem do kina na przykład, czy na rowery. Ile przyjemności i radości niosą randki po kilku latach małżeństwa i z dorobkiem w postaci trójki dzieci. Doceniane innych, którzy mnie czasem wyręczą i dadzą chwilę wytchnienia i luzu (ukłony dla babci i cioci). Pracuję nad tym, żeby nie mieć wyrzutów sumienia, bo wychodzę na dwie godziny, opuszczam dzieci, żeby spędzić miło czas bez nich (grzech!).
Fajnie jest być mamą, choć towarzyszy temu strach i niekończący się trud, bo dzieci rosną i trzeba za nimi nadążyć, macierzyństwo przekształca się w rodzicielstwo, a to niesie za sobą nowe wyzwania. Stąd potrzeba pisania tego bloga, czytania, rozmawiania, dzielenia się i czerpania od innych. Do ludzi, do ludzi…

DSCN43132009.07.30 036DSCN6816