Basia nie musi siedzieć w domu

Mamy, aż trzy najnowsze książki o przygodach Basi, i tak się zastanawiam ostatnimi czasy nad jej fenomenem w naszym domu. Ta rezolutna dziewczynka, jak niektóre “ubranka” rośnie z nami, w końcu ona wciąż jest w przedszkolu, a my już dawno szkolni, ale Basia jest nam bliska i wcale różnicy wieku nie widać…

Tylko, że tym razem ona ma dużo szczęścia, szczególnie w książce “Basia i piknik”. Jak my jej zazdrościmy tego pikniku, biegania i zabawy z przedszkolnymi przyjaciółmi, ze zwierzakami, obserwowania przyrody, a konkretnie zaskorońca, i tego piknikowego jedzenia. Tak, wszystkiego jej zazdrościmy…

Zazdrościmy, bo przyszła wiosna, dzień jest dłuższy, kolejny tydzień ma być już bardzo ciepły i przyjemny, i wszyscy zostajemy w domu. Nie ma mowy o wyjściu do lasu, który w ostatnich tygodniach ratował nas, kiedy energia rozrywała dzieci na strzępy, a nasza cierpliwość dawno była już poza granicami. Szliśmy w las, gdzie cisza i spokój pozwalały ogarnąć świat emocji, nadszarpniętych relacji i niemocy w walce z niewidocznym….Nie wiem jak długo wytrzymamy bez lasu, boję się nagromadzonych zasobów energii w nas, i korona wirusa też!

Dlatego dobrze mieć Basię, spędzić z nią czas na pikniku i wyobrazić sobie, że jeszcze trochę, a my również bedziemy dobrze się bawić w zgodzie z naturą i z przyjaciółmi.

Kolejny tytuł to “Basia i przyjaciele: Zuzia” kłótnia rodziców, niewyjaśnione sprawy, niepewność, brak rozmowy z dzieckiem wywołuje w nim tyle uczuć, że z perspektywy rodzica i dorosłego nie sposób wszystkich tych emocji zobaczyć, ponazywać i im zaradzić. Przeżycia Zuzi, przedszkolnej koleżanki Basi, i to jak poradzili sobie w trudnej sytuacji najbliźsi pozwala zobaczyć świat emocji oczami dziecka. Świat to bogaty! pełen radości i strachów…, jak dobrze mieć fajnego tatę, który nawet jeśli nie wiele mówi, to jest obecny i bardzo pomaga.

Ostatnia książka “Basia Wielka księga przedszkola” jest dla Was, obejmuje cztery pory roku w przedszkolu, nam podobała się “Marzanna” i “Dżdżownice”. Historii przedszkolnych jest aż 19, będzie co czytać, kiedy nie można z domu wyjść. Żeby książkę otrzymać, należy udostępnić ten post i tyle. KONKURS BĘDZIE TRWAŁ DO CZWARTKU 9 KWIETNIA, w piątek wyjdę na pocztę (to jest powód opuszczenia mieszkania:) i wyślę egzemplarz zwycięzcy!

https://egmont.pl/Basia.-Wielka-ksiega-przedszkola,24352780,p.html

https://egmont.pl/Basia-i-piknik,24352814,p.html

https://egmont.pl/Basia-i-przyjaciele.-Zuzia,24352781,p.html

Jesteśmy już na granicy…

Przymuszeni do pozostania we własnych domach, mieszkaniach, czasem większych, częściej mniejszych, wszyscy razem, dorośli, dzieci, zwierzęta. Po dwóch pierwszych tygodniach zdecydowanie sięgamy granic. Myślę, że to dobry moment, żeby o granicach osobistych i cudzych napisać.

Też znacie stwierdzenie, że dzieci muszą znać granice, mieć jasno postawione zasady i reguły. Tylko wtedy czują się bezpiecznie, i wiedzą co im wolno, a czego nie. Dopóki nie urodziłam własnych dzieci i nie zaczęłam być matką, zasada ta wydawała mi się rozsądna, moi rodzice w ten sposób wychowywali mnie i moje rodzeństwo, dlatego była mi też bliska, do czasu, kiedy nasze dzieci zaczęły używać i nadużywać słowa: “nie”.

Nieprościej byłoby to dziecięce “nie” zbagatelizować, przekonywać do zmiany, czy zwyczajnie ignorować. Zauważyłam jednak, że moje argumenty, tłumaczenia, manipulacje nie mają większego znaczenia, a nawet nie trafiają do odbiorcy. Nie jestem zwolenniczką przegadanego wychowania, to z tymi granicami, też tak różnie bywało. Aż do czasu, kiedy poznałam pedagogiczne podejście Jespera Juula. On zawsze uważał, że i dzieci i rodzice mają największe korzyści, kiedy starają się postępować zgodnie z samym sobą, a nie jakąś teorią.

Jednak temat osobistych granic, jest niezwykle ważny i o nim traktuje ostatnia książka, przetłumaczona na język polski pana Jespera Juula: “O granicach, kompetentne relacje z dzieckiem”, muszę zacytować: “Kiedyś było normą, że gdy rodzice wyznaczali swoje granice, niemal zawsze przekraczali tym samym granice dziecka, zgodnie z zasadą: “Ty musisz respektować moje, ale ja nie muszę twoich”. Dzieci, które były często ranione, same uczyły się ranić innych, a gdy ich agresja została stłumiona przemocą, najczęściej wybuchała ze zdwojoną siłą, kiedy dorastały” – znam wiele takich rodzin i ludzi młodych, którzy już płacą cenę za to, że rodzice nie potrafili z szacunkiem odnosić się do ich granic.

Odpowiedzialność za tę sytuację zawsze ponoszą rodzice, niestety zwykle dzieje się tak, ponieważ sami nie potrafią postawić własnych granic, a nawet kiedy je postawią mają problem z zadbaniem o ich respektowanie. Dziecko uczy się jak stawiać granice i jak je sznować, zderzając się z granicami rodzica i obserwując, jak on o swoje granice dba. I wiecie co w tym jest niezwykłego (choć przecież zupełnie zwyczajnego), że w dbaniu o te granice, jesteśmy autentyczni właśnie. Komu nie zdarzyło się zrobić awantury, o ruszanie jego osobistych rzeczy…, czy rodzic może zrobić dziecku awanturę? jeśli nie robi tego w sposób krzywdzący i poniżający to oczywiście, że tak. Kiedy emocje opadną, a dziecko jest gotowe, żeby porozmawiać, dobrze jest przeprosić za swój wybuch, powiedzieć o swoich odczuciach i tyle…. Udawanie, że nic się nie stało, nie zbuduje zdrowej relacji z dzieckiem.

Jesper Juul mądrze twierdzi, że uczucia rodziców nie sa w stanie skrzywdzić dziecka. Krzywdę mogą wyrządzić mu tylko słowa, które towarzyszą uczuciom. Dzieci nie lubią, kiedy się na nie krzyczy, nie lubią kiedy rodzice się kłócą, ale nie ponoszą z tego powodu poważnej szkody.

Będąc rodzicami niemowlęcia, maleńkiego dziecka oddajemy wszystko, poświęcamy się w dawaniu, jest to doświadczenie wzbogacające, ale i frustrujące, fajnie jest od razu widzieć efekty naszej troski. Tyle tylko, że wychowanie to inwestycja długoterminowa, efekty zobaczymy za kilka, kilkanaście lat. W całej naszej ofiarnej miłości do dzieci, kiedy zaspokajamy ich potrzeby i pragnienia, tracimy z oczu siebie. Jeszcze większy problem jest wtedy, gdy nie widzimy różnicy, między tym czego dziecko potrzebuje, a tym, na co ma ochotę. Obsługujemy, służymy dziecku, spełniamy jego zachcianki, dzieci postawione w centrum stają się plagą dla otoczenia, traktując innych tak, jakby istnieli jedynie dla ich potrzeb, stają się tyranami.

Podoba mi się to, że nie zmienimy takiego zachowania trenując się w stawianiu granic i mówienia “nie”, rodzice i otoczenie powinni najpierw odkryć swoje potrzeby, pragnienia i znaleźć odwagę, żeby je artykułować i traktować poważnie. Nauka mówienia sobie “TAK”!, jeśli to się uda, tyran zmieni się w dziecko – naturalnie nauka szanowania cudzych granic chwilę potrwa, dziecko będzie się złościć, płakać, smucić. Z wiekiem coraz lepiej radzi sobie z tymi trudnymi emocjami. Zadaniem rodzica jest pomoc w odróżnieniu frustracji od smutku, danie dziecku czasu na poradzenie sobie z emocjami, naukę ich kontrolowania – czas jest często cudownym środkiem zaradczym na konflikty z dziećmi, dobrze o tym pamiętać w czasie przedłużającej się kwarantanny.

Czas i lektura tej książki… 😉 Tymczasem koniecznie doczytajcie o konfliktach, i “nie” mówionym z miłości. Gdy nauczymy nasze dzieci mówić “nie” bez wyrzutów sumienia, nauczymy ich dbania o siebie i brania odpowiedzialności za własne potrzeby. Ludzie, którzy potrafią brać odpowiedzialność za siebie, mają także więcej poczucia odpowiedzialności za innych.

Koniecznie przeczytajcie:

https://wydawnictwomind.pl/ksiazka/jesper-juul-o-granicach-kompetentne-relacje-z-dzieckiem-ksiazka-dla-rodzicow/

Samokontrola

Samokontrola, kogo dotyczy i po co jest? Obserwując moje dzieci w sytuacjach różnych, oraz ludzi, z którymi na codzień pracuję, zaczynam odczuwać niepokój. Również sama, odczuwam niepokój, doświadczając uczuć skrajnych, trudnych…, kiedy mam ochotę dać upust swojej złości i pokrzyczeć na całego (co również, czasem mi się zdarza).

Każdy wie, że kontrolowanie własnych emocji, słów, zachowań to trudna sztuka, która wymaga od nas ciężkiej pracy, pokory i cierpliwości. Myślę także, że brak umiejętności czekania na przyjemności, panowania nad reakcjami i emocjami, prowadzi do wielu problemów, o których zaczyna się obecnie mówić głośno. Szukamy rozwiązań dla problemów emocjonalnych dzieci i młodzieży, pomocy u psychiatrów, psychologów, pedagogów, terapeutów. Zamartwiamy się, że brakuje specjalistów, szpitale są przepełnione, nie ma gdzie szukać ratunku, i kiedy się tak zamartwiamy, wychowujemy kolejne pokolenie dzieci, które nie czują się bezpieczne, ani z rodzicami, ani same z sobą.

Co robimy nie tak? Jak uczyć siebie i dziecko samokontroli?

Doskonale wiemy, jak wielu rzeczy nie możemy mieć, na jak wiele rzeczy trzeba nauczyć się czekać, jak wielu ludziom trzeba odmówić, żeby pozostać w zgodzie z sobą, żeby móc radzić sobie każdego dnia. Kiedy jednak musimy, czy chcemy odmówić dziecku i widzimy ten smutek, słyszymy żal, lub zwyczajną wściekłość, to nie raz, nie dwa odpuszczamy, pozwalamy, z przyczyn różnych. Czasem dla świętego spokoju, lub z powodu słabszego dnia, a niekiedy po prostu z braku stanowczości, ponieważ słowo “nie” kojarzy nam się z krzywdzeniem. Jak tu odmówić dziecku, kiedy czegoś tak bardzo pragnie?

Trudno nam samym czasami określić czego chcemy, jakimi rodzicami jesteśmy. Powielamy wyniesione z domu myślenie o wychowaniu, i dziwimy się, dlaczego to co działało dawniej, dziś już nie działa. I nie będzie działać! Myślę, że po części dlatego, że brakuje nam pewności siebie w roli rodzica, poczucia, że to ja jestem przywódcą dla moich dzieci.

Jak więc uczyć samokontroli? Trzeba zacząć od nauki mówienia “nie”, jeśli dziecko nauczy się, że nie zawsze dostaje to czego pragnie, nauczy się podstawowej prawdy o życiu: nie zawsze dostajemy to co chcemy, na inne rzeczy musimy zaczekać, a trudne emocje, które temu rozczarowaniu towarzyszą, okazują się być do przepracowania, wyrażenia i przeżycia. Kiedy odmawiamy dziecku, uczymy je, że również może odmawiać innym, nie zgadzać się np. na konkretne złe traktowanie i mieć odmienne zdanie.

Uczymy dziecko samokntroli, pozwalając również na ponoszenie konsekwencji negatywnego zachowania, czy też, nie trafionych decyzji. Kiedy moja córka wyda w jeden dzień kieszonkowe, które dostaje raz w miesiącu, naprawdę szybko orientuje się, że to nie była dobra decyzja, żałuje, że nie odmówiła sobie, jakiejś drobnej nawet przyjemności, bo na kolejne kieszonkowe, musi czekać cały miesiąc. Pytanie, tylko, czy pomogę jej w poradzeniu sobie z tymi emocjami, czy tylko “pożałuję” dziecka i dam mu kolejne pieniądze…. Panując nad zachciankami ma szansę, nauczyć się, że czekanie przynosi korzyści, może mieć więcej w dłuższej perspektywie.

Nauka samokontroli obejmuje również, a może przede wszystkim przykład rodzica, i to już obserwuję w mojej pracy codziennie. Pracując z ludźmi wykluczonymi społecznie, obserwując ich podejście do podejmowanych decyzji, i do tego, ile z tych decyzji kończy sie działaniem, a działanie doprowadzone jest do końca. I tu jest czarna rozpacz. Z pokolenia na pokolenie ludzie ci nie czują się odpowiedzialni za swoje decyzje, ani za to co się w ich życiu dzieje. Nie potrafią ustalić, co jest najważniejsze, nie potrafią wytrwać w podjętych decyzjach, pracach, szkołach, relacjach, znajomościach. Nikt ich tego nie nauczył, nikt im nie pokazał, że wykonywanie swoich obowiązków, nawet tych, które nie sprawiają nam przyjemności, to naturalna sprawa. Nikt ich nie nauczył, że można panować nad sobą i to daje znacznie więcej korzyści, niż wybuchy złości, agresywne zachowania, czy uleganie pokusom.

Większość z nas wie, czym samokontrola jest, ale czy umiemy nauczyć jej kolejne pokolenie? Bez tej wiedzy będzie im bardzo trudno żyć i doświadczać szczęścia.

Basia, już nie tylko do czytania

Z Basią jest wyjątkowo, znamy się już od kilku lat, niby nic się nie zmienia, bo Basia wciąż chodzi do przedszkola, a jednak wszystko się zmienia…, pewnie dlatego tak się lubimy! Kolejne przygody rodziny Basi pojawiają się z dużą częstotliwością i każdy tytuł jest świetny. Kiedy czytamy z Kalinką (starsze dzieci są już za stare dla Basi), nie nudzę się ani ja, ani Kalina.

Jeden z ostatnich tytuów, traktuje o wielorybie, a raczej o tym, czego ów wieloryb nie powinien jeść, żeby go nie bolał brzuch. Dzięki prostej i sugestywnej sytuacji rodzinnej, zaczynamy myśleć o otaczającym nas środowisku i o tym jak na siebie wzajemnie wpływamy. Dobrze jest pomóc uświadomić dziecku, że ludzie produkują strasznie dużo odpadów, że śmieci są wszędzie, że cokolwiek kupujemy, generujemy kolejne śmieci…, uświadomienie tego dziecku i sobie, pozwoli inaczej patrzeć na robienie zakupów, inaczej podchodzić do segregowania śmieci, i wielu innych codziennych czynności.

Każdy młody czytelnik dowie się, co to znaczy być proekologicznym, jest szansa, że nauczą sie mądrze wybierać w przyszłości, a dziś będą pilnować nas-rodziców, nie generować kolejnych śmieci.

Jest jeszcze opowieść o Basi i zegarku, tu zegarek jest pretekstem do odpowiedzi na pytanie: czym jest czas? czy można go kupić i jak go odmierzać? i co być może najważniejsze, jak go nie marnować? jak nie tracić czasu? Ale jest w tej historii jeszcze ktoś: dziadek, któremu czas wyrzeźbił na twarzy zmarszczki…

O historii opisanej w książce “Basia i przyjaciele Janek”, będziecie mogli poczytać sami, bo chętnie oddam w dobre ręce…

Wystarczy udostępnić ten wpis do 21.12.2019r, ogłoszenie wyników w sobotę wieczorem. Powodzenia!!!

I jeszcze jedna wyjątkowa Basia, można ją czytać i można jej posłuchać. Historie tu opowiedziane i opisane, jak na Basię przystało mądre są i pogodne, prawdziwe i zabawne. Maria Seweryn czyta, a my słuchamy, to jest bardzo przyjemny czas, wtulamy się w siebie i słuchamy, słuchamy, słuchamy….

Szczęśliwy czas

Szczęśliwy czas to taki, kiedy będąc razem dobrze się bawimy, nikt nie mówi: “nudzi mi się”, to taki czas, kiedy latem jedziemy pod namioty, zimą na narty i sanki. A kiedy nadciąga listopad, szukamy szczęścia w domu…, a tu o bycie razem czasem trudno. Znikamy w swoich pokojach, książkach i telefonach, lekcjach, sprzątaniu i planowaniu kolejnego posilku. Dlatego potrzebny jest plan i zaplecze, a my już je mamy!

Lubię jesień z długimi wieczorami, słotą, wiatrem i melancholią. Dzieci jesień lubią mniej, wolałyby spędzić czas na boisku, rowerze, czy rolkach. Jest jednak coś co nas łączy jesienną porą, gramy w planszówki! I odkrylismy kilka nowych dla nas gier, przy trójce dzieci w różnym wieku nie tak łatwo znaleźć grę “dla każdego”…

I tak “Kot Stefan” wywołał najwięcej emocji, prosta gra na spostrzegawczość i refleks dl każdego. U nas najszybszy okazał się kot Kacper, czyli tato ograł dzieci. Jestem zachwycona, wykonanie gry jest porządne, myszki drewniane, kot Stefan też. Świetnie się bawiliśmy, dynamicznie i szybko trzeba reagować, czy już myszkę łapać, czy pozwolić jej dalej jeść ser. Właściwie zasady są tak proste, że szybko sami je ogarniecie, uważajcie tylko, zabierając myszy, żeby nikomu nie stała się krzywda!!!

Kolejna gra to “Duuuszki w kąpieli” też świetna, też na refleks i spostrzegawczość, uczy szybkiego podejmowania decyzji, ale tu choć zasady wydają się proste, to chwilę trwa ogarnięcie nazewnictwa i na początku trochę się kłóciliśmy…, z czasem szło nam coraz lepiej, choć pomyłki się zdarzały. W zabawie z duuuszkami najlepiej radziła sobie Ida, grając z dziećmi można zaobserwować, jakie mają zasoby, co sprawia im trudność, a co przychodzi z łatwością. Dla mnie jako rodzica to duża przyjemność obserwować je w czasie rozgrywki i “gasić pożary” w razie potrzeby 😉

Mam jeszcze grę dla dorosłych, którą też chciałabym się pochwalić: “Dopasowani” tu już nie chodzi ani o refleks, ani o spostrzegawczość. Zdecydowanie chodzi o to, żeby zagrać parami, wtedy mamy szansę na ciekawą rywalizację, która para zna się lepiej, jakie ma poglądy na sprawy codzienne i nie tylko…, tempo gry jest mobilizujące, bo kiedy pada pytanie jest tylko 60 sekund, żeby jednym, góra dwoma słowami, jak najprecyzyjniej odpowiedzieć na pytanie. Wygrywa para, która ma najwięcej takich samych odpowiedzi. Uważam, że gra jest rewelacyjna, można się dużo dowiedzieć o sobie, partnerze i znajomych z którymi do gry siadamy, dobrze się przy tym bawiąc.

Ostatnia gra, którą mamy i grać zaczynamy to “Ubongo”, trudno mi jednak pisać o niej, bo podjeliśmy dopiero próby zagrania i jeszcze chwilkę zajmie nam ogarnianie reguł. Tym różni się od gier, o których pisałam wcześniej, że tu rodzice są raczej bez szans. Dzieci szybciej i sprawniej poradzili sobie z zadaniami ułożenia figur geometrycznych, nie mam pewności, czy to kwestia szkolnej geometrii, czy młodego umysłu? W każdym bądż razie, my rodzice, musimy jeszcze trochę popracować nad podniesieniem poziomu…

Najlepsza wiadomość, jest taka, że można wszystkie gry, o których dziś napisałam i dużo innych kupić od 12.11.2019r z rabatem 40% zapraszam: https://egmont.pl/szukaj?q=Egmont+gry+planszowe

Kod rabatowy poniżej, należy wpisać go w koszyku, w miejscu na KOD PROMOCYJNY. Opcja jest dostępna tylko po zalogowaniu.

Polecam, zapraszam i życzę szczęsliwego, pełnego emocji i radości czasu razem z sobą i grami!

KOD RABATOWY: dziecismieci

Samodzielna mama, bywa samotna…

Na wstępie książki przeczytałam: ” to jest książka dla kobiet, które są, albo będą samotnymi mamami”, powinnam ją odłożyć i nie zaglądać na kolejne strony, ale zajrzałam, a nawet przeczytałam do końca i bardzo jestem zadowolona.

Pierwszy mój wniosek, już po kilku rozdziałach, był taki, że gdyby mamy, kobiety, żony, dojrzewały do decyzji o rozstaniu, gdyby już stanęły pod ścianą, bo nie mają pomysłu, co zrobić, żeby było lepiej? To rozmowy odbyte w książce ze specjalistami takimi jak Dorota Bzinkowska-psychiatra, Jędrzej Kosewski-psycholog, Tatiana Mindewicz-Puacz-psychoterapeuta, Tamara Pocent-pedagpg, mediatorka, Joanna Salbert-psycholożka, psychoterapeuta i wielu innych, mogą okazać się światełkiem w tunelu… I dobrze byłoby za tym światełkiem podążyć!

Zacznijmy od normalnej sprawy, specjaliści uważają, że kryzys w związku jest naturalną, normalną koleją rzeczy. Faktycznie rodzina to twór niezwykle żywotny, wspólne mieszkanie, finanse, porządki, kolejne dzieci, zmiany pracy, miejsca zamieszkania itd. dużo tego i wartko strumień rodzinny płynie. I zawsze wiąże się z różnymi trudnościami i wyzwaniami, rodzina przechodzi zmiany, a my różnie sobie z tymi zmianami radzimy, normalna sprawa.

Znacznie trudniej jest, kiedy w małżeństwie doszło do zdrady, nie chcę tu wchodzić w szczególy, bo każdy inaczej musi poskładać swój świat emocjonalny i fizyczny, dobra wiadomość jest taka, że ok 70% związków po zdradzie i terapi odzyskuje równowagę i rodzina trwa. O tym co ważne, aby przetrwać zmiany i kolejne kryzysy, mówi Wojciech Stefaniak psycholog i terapeuta par:

  • sposób komunikowania się z najbliższymi oraz nasza intencja
  • małżeństwo nie jest związkiem niewolniczym, nie można drugiej osoby zmieniać, wedle swego wyobrażenia – wolność w związku
  • w systemie rodziny, najpierw stajemy się parą, a dopiero później rodziną, powodem do bycia razem powinni być dorośli, nie dzieci. NIE MA DZIECI, KIEDY NIE MA PARY
  • Jesteśmy najlepszym powodem do zadbania o wspólne bycie, dzieci dla których nie raz związek trwa, albo dogorywa, obserwują rodziców i uczą się powielania niezdrowych, a nie raz i okrpnych zachowań..

Dzieci dużo tracą, jeśli rodzina pozostaje w stanie permanentnej wojny, tracą oboje rodziców, skupionych na walce z sobą, tracą poczucie bezpieczeństwa, a jeśli w jakiś sposób zostaną wplątane w rozgrywki między rodzicami, zaczynają myśleć, że mają wpływ na to czy rodzina będzie trwać, czy dojdzie do rozwodu, straszne!

I znów wracamy, do pary, albo i jeszcze wcześniej, do tego kim byliśmy przed ślubem? Jak dbaliśmy o siebie? i czy wciąż umiemy o siebie zadbać, o siebie i o swoje dzieci?

I kiedy pojawiają się problemy z dziećmi, bo i szybko się pojawiają, to raczej od początku wiadomo, że to z całą rodziną jest coś nie tak. Rodzina to system, dziecko jest jego częścią i dlatego niepokojące zachowania dzieci to często lampka kontrolna rodziny…,zachowania dziecka są wynikiem czegoś. Czego? to jest wyzwanie i trud…, jak rozmawiać z dziećmi, o tym jakie są i czego potrzebują? A i jeszcze po co się buntują?

Dzieci, żeby się rozwijać, muszą się buntować…, dlatego buntują się w warunkach przyjzanych, kiedy nie brak im troski i zaintersowania. A co dopiero, kiedy rodzice się rozwodzą…, dlatego bardziej niepokoi fakt, że dziecko sie nie buntuje, jest grzeczne, nie sprawia kłopotu, rozsądne, odpowiedzialne ponad wiek, próbuje kontrolować coś nad czym nie ma kontroli, bo przecież nie ma wpływu, na to czy rodzice zaczną się lepiej traktować, czy nie. Ludzie, rodzice są coraz częściej skupieni na sobie, a dzieci przeżywają konflikt lojalności, żyją w rozdwojeniu…, byłoby dobrze, gdyby dorośli lepiej rozumieli, co dzieci w tym wszystkim przeżywają.

Kiedy spojrzy się na tę sytuację z pewnej odległości i perspektywy, trudno nam zaakceptować fakt, że potrafimy taki los naszym dzieciom zgotować…

Polecam rozdział o roli mediatora, nie trzeba mediacji traktować jak ostatniej deski ratunku, przeciwnie ilekroć chcemy wypracować porozumienie dotyczące znalezienia rozwiązania dobrego dla obu stron, można sięgać po mediację. Jest to jedna z dostępnych form pomocy, służy porozumieniu.

Generalnie chodzi o to, żeby nie ukrywać swoich uczuć, żeby pozwalać sobie na ich wyrażanie, nazywanie, dać drugiej osobie i partnerowi i dziecku przestrzeń do przeżywania i informowania o tym najbliższych. Zanim podjęta zostanie decyzja o rozstaniu, rozwodzie, jest setki symptomów, na które można zareagować, i trzeba zareagować!

Jeśli czytacie dalej, to pojawiają się na pewno ważne informacje o alimentach, o rozwodzie bez orzekania o winie, o odzyskiwaniu siebie i zaspakajaniu swoich potrzeb i pasji. Przez rozwód przejść się da i można, po rozwodzie nadal można cieszyć się życiem. Warto jednak wcześniej, zrobić wszystko co się da, dla poszerzenia pola widzenia “odkleić ” się od siebie i dostrzec innych.

Warto też przeczytać książkę “Sama mama” Joanny Szulc wyd. Agora i przekonana jestem, że uda się zapobiec niejednemu rozpadowi małżeństwa.